Pod postacią Charlotte

Szarlotka. Idealna do schrupania, skonsumowania, ale jedynie na ciepło. Gdzieś czytałam, że nazwę niby zawdzięcza księżnej Charlottcie. Wykwintnie zaserwowana, odpowiednio posypana cukrem pudrem i lekko przypieczona, pozwala koneserowi na degustację. Jednak nie każdemu dane jest posmakować tego rarytasu. To ja, Charlotte, miło cię poznać. Chciałabym powiedzieć, że na koncie mam miliard dolarów, pożeram blachy szarlotek i nie tyję, mieszczę swój kufer w każde wymarzone jeansy, mam swojego Johna Smitha jak Pocahontas, a także szklaną willę niedaleko plaży w Malibu. Wymieniam się papierowym Benjaminem Franklinem z tymi, którzy mają mi do zaoferowania niezłe wdzianko, godne wykorzystania na czerwony dywan, w blasku fleszy. Ale nie – tak oto rakieta wylądowała z powrotem na Ziemi. Zaraz dokończę. Szarlotkę, oczywiście.

Moja opowieść będzie typowa, nic nadzwyczajnego. Właśnie odkurzam mój antracytowy dywan. Prosta czynność, a jednak wciągam brudy codziennego użytku. W życiu to nie jest dozwolone, nie można mechanicznie usunąć tego, co zrobiliśmy źle. Otrząsam się z refleksji, bo po wyczyszczonej przestrzeni zachodzi mnie znienacka Josh. Wysoki brunet, o brązowych oczach, z zaczesaną grzywą na prawą stronę. Ubrany w kaszmirowy, czarny golf i jego ulubione jeansy – zabarwione pigmentem idygo. Obejmuje mnie całym sobą, tak że moje ręce znikają w posturze ukochanego. Uznajmy, że jest to scena z serii amercian dream, wobec czego – podnosi mnie, po czym sadza na błyszczącym, białym blacie w kuchni. I patrzy. Ten wzrok sprawia, że wokół nas wytwarza się ogromne pole siłowe, o natężeniu naszego uczucia. Te spojrzenia wymieniamy tak już z osiem lat. Dwa tysiące dziewięćset dwadzieścia dni, a to ciągle mało. Licznik nadal wzrasta, jednak sporą część należałoby stamtąd wyciąć. Wycięłabym dokładnie dwa tysiące dziewięćset dziewiętnaście kartek z kalendarza mojego życia. Za dużo sprzątania, a ja tak naprawdę nie lubię odkurzać. Tutaj nastąpiło coś, co wymaga jednak większego wysiłku – ewolucja serc.  

Zawsze próbuję być perfekcyjna. W głowie mam rzeźbiarza, który wykuwa moją idealną postać. W rzeczywistości coś mu nie idzie, bo jestem marnym rezultatem tego rzemiosła, który niemalże zawsze ma dziurę w prawej skarpecie i poobgryzane paznokcie. Za kierownicą zdzieram struny głosowe, tworzące przepiękną symfonię przekleństw. W dodatku oblewam się potem, a moja twarz przechodzi przez wszystkie odcienie czerwieni. Nie wiadomo z czego mnie utkano. Czasem mam wrażenie, że z przeróżnych typów osobowości. Josh uporządkował trochę tę moją sieć myśli. Gdy byłam nastolatką, zawsze wizualizowałam sobie przyszłość. Jednak mój mózg nie reżyserował filmów osadzonych w średniowieczu, wybranek nie przypominał rycerza w tej, tak oklepanej zbroi, na jeszcze bardziej oklepanym koniu, i nie byłam damą serca. Najważniejszy narząd w moim ciele od zawsze zamieniał się w  prawdziwego artystę, który każdego dnia malował poszczególne detale, tworzące posturę partnera. To właśnie Josh widniał na tym płótnie przyszłości.

Życie, choć nie widziałam żadnego przepisu, zgotowało mi różne sytuacje.
I choć czasem coś przypalę czy popieprzę, to wychodzi całkiem nieźle. Posmakujcie zatem mojej historii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s