Czy musisz mieć pasję?

Zbyt często ostatnio natrafiam na artykuły, konta na Instagramie, na podcasty, które mówią tylko o samorozwoju i o konieczności posiadania pasji. Najlepiej by było, gdyby się z niej utrzymywało. Wtedy osiągnąć można szczyty możliwości.

Czy mam w ogóle pasję?
No właśnie. Jak brzmi odpowiedź na to pytanie? Niektórzy zadają je sobie niemalże codziennie. A odzewu wciąż brak.
Pasją nie tylko są zdolności manualne, umiejętność grania na jakimś instrumencie czy talenty godne telewizyjnego show.
Ostatnio podsłuchałam, że owa pasja może narodzić się z czasem wykonywania jakiegoś konkretnego zadania, określonej pracy. Z drugiej strony, oprócz predyspozycji do wykonywania jakiejś czynności, trzeba coś po prostu lubić.

Co zatem lubię robić?

Śmieszne pytanie, ponieważ są rzeczy, czynności, które lubimy, a niekoniecznie można się z tego utrzymać. Mówi się: rób to, co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia”. Jasne. A jeśli praca staje się już rutyną? Znajdować w niej coraz to nowe rozwiązania i metody?

Nic na siłę?
Mimo tego, iż rzeczywiście żaden człowiek nie powinien robić nic na siłę, to czasami sam nie wie, czego by chciał. Pragnąłby robić coś fajnego, coś dzięki czemu zyska uznanie reszty ludzi. Chciałby również przy tym dobrze zarabiać. Jak tego dokonać?

Pozwoliłam sobie zebrać przeróżne pytania z przeróżnych źródeł, które pozwolą w jakiś sposób nakierować każdego na dalszą drogę działania.

1. Na czym ci tak naprawdę zależy? Relacje rodzinne, praca, dom? Co jest priorytetem?

2. Co sprawia ci przyjemność? Jakaś czynność, za którą bierzesz się bez namysłu, tylko po prostu to robisz, bo lubisz.

3. Czego wymagasz w pracy? Czy chcesz się rozwijać, czy wolisz osiąść na laurach i grzać miejsce na wygodnej posadzie?

4. Ile byś chciał zarabiać? To też ma istotne znaczenie.

5. Czy wolisz pracę indywidualną czy zespołową?

6. Chciałbyś pracować w kraju, w którym mieszkasz, czy może za granicą?

7. Co cię nudzi i czego nigdy nie chciałbyś robić?

8. Czy twoje marzenie jest związane z tym, co mógłbyś robić?

9. Kim chciałeś zostać w dzieciństwie? Czy był to konkretny zawód?


Moja top dziewiątka, którą stale rozbudowuję, żeby uzyskać odpowiedź, by znaleźć wskazówki, gdzie ta pasja się znajduje.

Praca w czasie pandemii

Jak już wcześniej pisałam – pracuję w szkole jako nauczycielka. Choć o sprawach zawodowych rzadko mówię, to tym razem muszę się podzielić informacjami jak i moimi spostrzeżeniami.

Maseczki, wirus, szkoła
Tak właściwie to dzieci chyba nie do końca rozumieją, po co mają nosić maseczki. Dla nich jest to kara, a noszą je, ponieważ mogą dostać uwagę do dziennika, a nie jakiegoś wirusa.
Mamy rzekomo unikać skupisk. Wytłumaczcie mi to, bo nie rozumiem. Jak to zrobić, skoro szkoła to jedno wielkie skupisko i wylęgarnia wirusów i bakterii? Myślę, że przypiszę to pytanie do tych retorycznych.

Kwarantanna
Co chwilę w dzienniku elektronicznym dostaję wiadomość o tym, że ktoś jest na kwarantannie. Zbiera się coraz więcej takich uczniów czy nauczycieli. Nie ma kto się uczyć i nie ma też kto nauczać. Jednego dnia bardzo zdziwiły mnie pustki w pracy – gdzie ci ludzie? Gdzie dzieci? Ano, zagrzewają domowe kąty, kombinując i walcząc z elektroniką, by w jakikolwiek sposób połączyć się z osobami w tzw. trybie stacjonarnym.

Zdalne?
Kiedy już naprawdę w szkole można było usłyszeć echo, z uwagi na brak jednostek – wisiał nad nami jeden, porządny wyrok zatytułowany zdalne.

Dlaczego wyrok? Dlatego, że jest to nauka uciążliwa, męcząca. Nie tylko ze względów zdrowotnych, ale także w kwestii rzeczy martwych (laptopy, komputery, Internet). Zdalne to idealna pożywka dla leserów, którzy tylko kombinują, jak by tu uniknąć zadań czy lekcji. Uczniowie potrafią, podczas bycia na łączach, włączyć mikrofon i stukać żałośnie w klawiaturę. Niektórym serio odbija.

Co dalej?
Jak to się dalej potoczy, tego nie wiem. Tego nikt nie wie i nie będzie wiedział. Żyjemy w czasach niepewności. Dzisiaj stacjonarnie, jutro zdalnie, pojutrze hybrydowo – a za miesiąc? Boję się myśleć. Wielu dyrektorów pisało apel do rządu – żeby to w końcu ogarnęli, żeby jasno było powiedziane, aby ustalono jakieś zasady.
Szkoła aktualnie to jeden wielki chaos. Milion znaków zapytania, lewitujących gdzieś w przestrzeni, łącznie w wirusami. Mieszkanka wybuchowa może niedługo eksplodować. Codziennie się obawiam o to wszystko.

Dobrze pooglądać zdjęcia z czasów normalności.
Kawałek uchwyconej Danii.

Październikowe refleksje

Czasem mam wrażenie, że pogoda odzwierciedla stan duszy. Nie wiem czy to taki czas, czy po prostu ludzie świrują.

Ostatnio wysnułam przez to pewien wniosek. Być może mądrość stara jak świat, jednak dla mnie to news miesiąca.

Kiedy jeszcze świeciło słońce, powiewał wiatr, otulając swoją, letnią jeszcze, aurą ludzie byli w normie. Można było normalnie z nimi porozmawiać, mieli w sobie chęci, by starać się o daną więź i tak ogólnie – potrafili dostrzec drugą osobę.

Ledwo ta żółta kula gazowa się skryła, niemal każda istota zwariowała bądź uległa awarii. Każdy człowiek zaczął patrzeć tylko na siebie – a jak na innego, to z pogardą, zazdrością.

Byłam naprawdę miła. Na miarę swoich możliwości i zgodności z charakterem, dbałam o interakcję. Jednak jeśli ludzie wykorzystują moją dobroć, nie dostrzegają drobnych rzeczy, nie potrafią być wdzięczni – ja odpadam z tej gry.

Październikową refleksją jest to, że wprawdzie to ja byłam chyba oślepiona tym słonecznym światłem. Kiedy zniknęło, nagle dostrzegłam prawdziwe kolory. A raczej jedną, szarą barwę ludzkości.

Idę zaparzyć herbatę, na ratunek chandrze. Przeciwko głupocie i egoizmowi.

Sportowa miłość

Co tak naprawdę daje mi sport? Od czego się zaczęło? Czy trzeba zawsze zmuszać się do ćwiczeń?

Od zawsze byłam dość ruchliwym dzieckiem. Jednak w szkole podstawowej, a dokładnie w klasie trzeciej, było mi bardzo przykro, kiedy musiałam grzać ławkę na zawodach w wyścigach rzędów. Właśnie wtedy zrozumiałam, że muszę powalczyć trochę o swoje. Od tamtej pory starałam się na każdych zajęciach z wychowania fizycznego – aż w końcu byłam najlepsza. Niezwykłą radość sprawiał fakt, iż w latach późniejszych już zawsze brano mnie na wszelkie eventy sportowe. Wzrastał we mnie duch walki, ale również sama na swój sposób po prostu rosłam.

Dziewczyna, która kopie piłę

Również w szkole podstawowej zainteresowałam się piłką nożną. Należałam nawet do damskiej drużyny. Niestety, szybko się rozpadła, a wraz z nią także moje zainteresowanie. Jednak wspominam ten czas bardzo miło.

Siatka

Ta miłość trwa wiecznie, ponieważ uwielbiam grać w piłkę siatkową. Choć już dawno tego nie robiłam, to z ogromną chęcią zapisałabym się do jakiejś pobliskiej drużyny. Gdybym miała czas…

Bieganie, fitness, siłowe

Bieganie to także jedna z moich miłości. Od czasów przezwyciężenia słabości, ciągle ktoś mnie ciągnął na zawody biegowe. Moim atutem ponoć były biegi na sto metrów (dziś pewnie żółwim tempem). Myślę, że tylko biegacze mogą podzielić mój zachwyt nad samym startem z bloków – odpowiednie ustawienie, pistolet i wybieg – stan idealny.

Potem nastała era Chodakowskiej. Byłam w jej gangu całe liceum i przez okres studiów. Jednak trochę mnie znużyło to katowanie ciała. W ogóle nie odczuwałam frajdy z ćwiczeń fizycznych. Do czasu, gdy odkryłam na nowo sport. Uwielbiam aktualnie ćwiczenia siłowe: z gumami oporowymi, z hantlami czy też masą własnego ciała. Nie muszę się nigdzie spieszyć, nie muszę robić tych tragicznych pajacyków. Jestem tylko ja i moje ciało, które odwdzięczyło mi się niedawno pięknymi, wyrobionymi kształtami.

Ruch daje mi zawsze nową energię. Po przepracowanym dniu moje wewnętrzne baterie stanowczo potrzebują doładowania. Wtedy wraz z moim ciałem pokonujemy słabości. Zaczynamy dzień na nowo.

Stan zapalny – czyli alarm organizmu

Od jakiegoś roku organizm mówi mi, że jest coś nie tak. Zaczęło się niewinnie – od przeziębienia. To z kolei przerodziło się w zapalenie ucha, a potem (jak już w końcu się dowiedziałam) w zapalenie zatok.


Od lekarzy do lekarzy…


Praktycznie byłam u wielu specjalistów. Uderzyłam najpierw do pewnej laryngolog, która kazała robić mi płukanki, wdychanki i generalnie chyba myślała, że udaję. Precz z takimi.

Było coraz gorzej.

Po jakimś czasie poszłam do innego laryngologa, który chciał mnie faszerować jakimiś sterydami doustnymi. Dorzucił do tego aerozol do nosa w sprayu. Tak oto zaczęło mi się kręcić w głowie, organizm całkiem zwariował. Byłam całkowicie otumaniona. Stwierdził, iż wszystkie badania wskazują zdrowe zatoki. Tomografię kazał zrobić, a nawet łaskawie płyty z obrazem nie sprawdził. Tacy to są już ci lekarze dwudziestego pierwszego wieku. Posłał mnie do pani neurolog.

Robiło się ciekawie.

Pani neurolog, młoda, zachwyciła mnie swoimi opiniami od pacjentów na stronie internetowej. Zatem wybrałam się na wizytę, myśląc, że mam coś z głową. Albo raczej – w głowie. Wykluczyła wszystkie możliwości i podała diagnozę: napięciowy ból głowy. Tylko gdzie to napięcie? Czemu? Skąd? Na więcej moich pytań nie uzyskałam niestety odpowiedzi, ponieważ pojawił się koronawirus, a lekarka zniknęła bez śladu.

Skoro napięcie, to może do fizjoterapeuty?

I owszem, udałam się do fizjoterapeuty. Coś tam we mnie poprzestawiał, ale ból między oczami i u nasady nosa odczuwałam tak samo mocno. Przez okrągły rok, dzień w dzień. Właściwie to przywykłam już do tego bólu. Zapomniałam jak to jest żyć normalnie, kiedy organizm funkcjonuje tak jak pierwotnie, gdy jest po prostu zdrowy, witalny. Poddałam się i nie miałam po tej wizycie nadziei.

Czas na kolejną panią.

W Internecie znalazłam ciekawą starszą panią laryngolog, do której się udałam niedawno. Antybiotykoterapia nie brzmiała zbyt przyjemnie, kiedy mi to oznajmiła. Jednak poprawiło się co nieco w moim funkcjonowaniu. Choć czasem wciąż czuję ból. Aby rozrzedzić wydzielinę, którą nadal w sobie czuję, dosłownie jak obcego wewnątrz – piję napar z kurkumy, rzuciłam po części mój ukochany nabiał i zamówiłam sobie herbatkę z czarnego bzu.

Mój organizm alarmuje jeszcze głośniej. Chciałabym móc go uciszyć, by w końcu mieć chwilę spokoju do prawdziwego działania.

islandzka plaża i cud, miód ocean

Gdzie najchętniej udałabym się w podróż?

Każdy ma w głowie takie miejsca, do których chciałby się udać.

Oprócz mojego nadrzędnego planu wyjazdowego, jakim są Stany Zjednoczone (omówię w osobnym wpisie), chciałabym wyjechać w inne, równie piękne miejsca. Zaznaczę, iż są to zachcianki na najbliższy czas. Wprawdzie to bym chciała zwiedzić pół świata. A może i cały?

Jeszcze zanim mój dziadek odszedł, odbyłam z nim ciekawą rozmowę geograficzną. Wspominał, że Madagaskar to zupełnie inny świat. Choć sam kochał być w domu, to jednak o tej wyspie marzył.

Co konkretnie?

Aleja baobabów – oklepane niby, aczkolwiek chciałabym przejść pośród tego cudu natury.

Plaże – sądząc po zdjęciach to najchętniej każdą, jaka byłaby tylko możliwa.

Lemuria Land – bazując na Pingwinach z Madagaskaru, które można obejrzeć np. na Comedy Central, to z pewnością chciałabym ujrzeć zwierzaczki z gatunku lemurów. Zupełnie inne istoty, tak rzadko spotykane.

Domek na wodzie – wiele takich widziałam w różnych rejonach turystycznych, jednak te na Madagaskarze mają swój specyficzny urok.

Kolejnym punktem moich odwiedzin byłaby pewnie Finlandia, z racji tego, że właściwie odwiedziłam już większość państw skandynawskich. Ciekawi mnie sam system szkolnictwa, tak wyjątkowy i niepowtarzalny. Samo to, że nauczyciele zarabiają tam o wiele więcej niż w Polsce już przyciąga.

Włochy – piękna Toskania, piękne zabytki. Marzy mi się włoski klimat, jak w Jedz, módl się i kochaj.

Hawaje – to właściwie USA. Chciałabym oglądać tam zachody słońca, tańczyć taniec hula, usłyszeć chociaż kilka zdań od rdzennych mieszkańców (hawajski to taki pozytywny i optymistyczny język!). Kojarzę skądś, że to właśnie na Hawajach panuje wszechobecna radość wśród ludzi, bez zawiści. ALOHA!

Namiastka tego, co przyszła mi aktualnie do głowy. Szykując materiały do pracy, snuję sobie różne wizje podróży. Kto wie, może i ja zostanę tzw. cyfrowym nomadem. Tutaj miejsce na chwilę śmiechu. Nie no, jednak choć na jakiś czas obejrzeć to, co doświadczały tylko moje oczy dzięki Discovery czy Animal Planet.

fotka cyknięta na Islandii – mój zaliczony raj

Sposoby na jesienną chandrę

Kiedy nieubłaganie zbliża się kolorowa pora roku, zwana jesienią, panuje taka mała, społeczna panika. To strach przed brakiem słońca, gorszym humorem, ogólnym zdołowaniem jednostki czy brzydką pogodą.

Myślę, że każdy ma jakieś własne sposoby na walkę z tym okresem.  Moje ulubione z nich to:

  1. Słuchanie muzyki – takiej, na którą mam ochotę danego dnia. Idealnie poprawia humor, a ja chwilowo zapominam o obowiązkach.
  2. Czytanie książek – kiedy za oknem panuje ulewa, wichura i inne tego typu anomalia pogodowe – ja przenoszę się w inny świat, w którym jest ładnie i przyjemnie.
  3. Trening – u mnie akurat siłowy, z gumami oporowymi. Trenuję w domu, co by przyoszczędzić na płaceniu na siłownie. W dodatku oszczędzam czas na trasę, prysznice, przebieranki itd. Czasem przymuszam się do tych ćwiczeń, jednak po nich wcale tego nie żałuję! Bardzo kojąco działa na mój umysł. Chce mi się więcej działać i pracować.
  4. Napar z imbiru – pewnie niektórzy pomyślą, że bardzo oklepane. No pewnie, jednak nie dla mnie. Wystarczy do zwykłej herbaty dorzucić starty imbir, trochę cytryny i miodu – odnowa biologiczna gwarantowana. A przynajmniej mały raj dla zatok.
  5. Dłuższy odpoczynek po pracy – mam na myśli tutaj chociażby drzemkę. Nie ma sensu przymuszać się do siedzenia nad papierami. Lepiej zregenerować siły w postaci snu, by potem ruszyć z nową energią!
  6. Zakupy online – no po prostu odprężenie i ucieczka od wszystkiego. Tylko uwaga… ucierpieć może na tym portfel oraz cenny czas. Wszystko z rozwagą. Potem można zgubić się w zamawianych paczkach.
  7. Telefon do kogoś bliskiego – krótka rozmowa, nawet pięciominutowa potrafi człowieka rozweselić.
  8. Masło orzechowe – to miłość bezgraniczna, w odpowiednich ilościach poprawia nastrój!
  9. Jesienne porządki – opróżnianie szaf ze zbędnych rzeczy, to jak zrzucenie zbędnego balastu z głowy.
  10. Film – taki gatunek jaki lubię, na jaki mam w danej chwili ochotę. Refleksyjny czy rozweselający – odciągnie myśli towarzyszące jesiennej chandrze.

Polecam moją piękną dziesiątkę. Nie przepadam za jesienią, a moja czołówka rozwiązań jest z pewnością godnym towarzyszem w boju.

Kim chcesz zostać w przyszłości? Czyli o perspektywach małej mnie

Niejednokrotnie od dzieci można usłyszeć odpowiedź na pytanie: „Kim chcesz zostać w przyszłości?”

Zazwyczaj są to wysokiej rangi zawody. Choć bywa różnie. Usłyszeć można wtedy: policjantem, astronautą, kosmetyczką, super bohaterem, aktorką… etc.

Czytałam gdzieś, że to właśnie w okresie dzieciństwa kształtują się już nasze predyspozycje zawodowe. Sama deklaracja tego, co się chce robić, kim się chce być, stanowi pewien fundament kariery.

Osobiście nie do końca wiedziałam, czego pragnę. Z moich ust padały różne zawody. Był nacisk na dziennikarkę – bo przecież to takie ekscytujące móc tyle gadać, w dodatku być w centrum uwagi, no niebo. Potem przeszłam okres aktorki, gdzie znów stawiałam się w świetle reflektorów. Reasumując – chciałam błyszczeć, niezależnie od predyspozycji. Kiedyś nawet chodziłam z dziennikiem, udawałam, że jestem nauczycielką. Ponownie w punkcie centralnym. A następnie przyszedł okres liceum i już nie wiedziałam nic. Zupełna pustka w głowie. Czy to program nauczania? Czy może masa reform? A może schemat, który wbijają w głowę niczym mantrę?

Ze wspomnień jedynie wiem, że kochałam ludzi, byłam gwiazdką własnego show. Nieco mniejsza, przebojowa ja, zawsze majstrowałam coś w warsztacie dziadka. Musiałam być twórcą, zatem pragnęłam, aby wszystko było tak, jak tego chciałam.

Jesienne dni często przywodzą mi na myśl tamte czasy. Zagłębiam się w nich, aby odkryć to, co zostało kiedyś zakopane i zapomniane. Potrzeba mi będzie lepszej łopaty do tego archeologicznego fenomenu mentalnego.

Co byś powiedział sobie z przeszłości?

Dziś wpis będzie nieco spontaniczny, dlatego że natchnęło mnie na niego dopiero dziś rano.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co by było, gdybyś spotkał siebie z przeszłości? Mógł porozmawiać, zapytać, skonfrontować? Jak by to wyglądało? Może miałbyś pewne wskazówki, co robić, jakie decyzje podjąć?

Gdybym spotkała małą, niedojrzałą jeszcze, siebie…

Powiedzmy, że przełożyłoby się to na czasy szkolne. Czyli z jednej strony najlepszy okres życia, a z drugiej? Przylepianie łatek, włożenie do worka ze schematami i całkowite zaklejenie ust. Rób to, rób tamto, zachowuj się przyzwoicie – bo w końcu ktoś sobie wymyślił jakiś wzór zachowania.

Jako mała dziewczynka byłam dość roztrzepana. Lubiłam spędzać czas z chłopakami, fascynowało mnie kopanie piły czy dłubanie w drewnie wraz z dziadkiem w warsztacie. Zawsze chciałam coś zmajstrować – dosłownie i w przenośni. Przyznaję, czasem mnie aż ponosiło, ale to byłam ja, naturalna. Zupełnie bez żadnych kajdan nałożonych przez społeczeństwo.

Gdybym spotkała taką mniejszą wersję siebie, na pewno zadbałabym o to, aby nic nie miało wpływu na dojrzewanie tego pięknego charakteru. Być może ucierpiałoby na tym szkolne zachowanie. Ale co z tego?

Byłabym w pełni sobą.

Czasem wolność i naturalność zabija w nas społeczeństwo. Wtedy trzeba odbyć mentalną podróż, by odzyskać zagubioną i prawdziwą wersję siebie.

Wehikuł start.

Czy warto studiować filologię polską?

To pytanie zadawałam sobie praktycznie przez cały okres studiów.

Z racji tego, że należę do grupy humanistów,   obrałam taki a nie inny kierunek, nie do końca byłam przekonana w kwestii tego wyboru. Zewsząd słyszałam tylko: „Filologia polska?! Co ty będziesz po tym robić? Przecież po tym nie ma w ogóle pracy! Może byś się wzięła za jakiś ścisły kierunek?”. I tak na okrągło. Z czasem nawet przestałam chwalić się tym, co studiuję, bo wiedziałam, że ponownie dostanę  pouczającą wiązankę.

Wiem, że istnieje grupa fanatyków czytania książek, tych, którzy są zaabsorbowani każdym słowem lektur.

Ale ja? Ja uwielbiałam język polski, kochałam pisać,  łączyć słowa, pisać nietuzinkowe zdania. Książki wybierałam zwykle zgodne z moimi zainteresowaniami.

Jednak studia okazały się ciężką przeprawą przez masę niepotrzebnych książek czy przedmiotów.

Może zacznę od plusów studiowania tego kierunku:

+ dostałam łatwo i szybko pracę, ze względu na zapotrzebowanie nauczycieli w szkołach. Tyczy się to również moich koleżanek z roku, które znalazły pracę w wydawnictwach, redakcjach itp. Choć przypominam słowa klasyków: „Po tym nie ma pracy”.

+ miałam najlepszą na świecie panią promotor, która pozwoliła mi na dowolność pisania pracy dyplomowej. Wybrałam zatem tematykę Disneya.

+ poznałam moją przyjaciółkę, która miała podobne podejście do tych studiów, co ja – byle zdać, a ważnych rzeczy nauczymy się we własnym zakresie. Z tą bratnią duszą utrzymuję kontakt do dziś i mamy się bardzo dobrze.

+ wbrew pozorom pojawiły się nawet ciekawe zajęcia takie jak: Pisanie, Modulacja głosu, moje ukochane Seminarium (gdzie panowała pełna wolność i swoboda wypowiedzi), Poetyka z dosyć młodą doktorantką, która potrafiła zarazić prawdziwą miłością do pisania.

+ język migowy – choć dziś niewiele z niego pamiętam (bo w sumie było niewiele zajęć), to wspominam ten przedmiot z radością. Wreszcie trochę praktyki.

+ NOWJP – czyli nauka o współczesnym języku polskim. Głoski, litery, sylaby i inne tego typu bajery. Wykładowczyni tego przedmiotu była bardzo zaangażowana, co przełożyło się na studentów.

Na tym koniec tych superlatywów.

Kwestia minusów:

– dezorganizacja – nic nigdy nie grało, zapisanie się na przedmiot i na daną godzinę (poprzez system) graniczyło z cudem. A jak się chciało przepisać do innej grupy, to zawsze był problem. Zawsze ktoś miał coś do czegoś. Tragedia. Cyrk na kółkach albo i lepiej – na podpalonych oponach.

– wykładowcy – większość z nich była naprawdę wredna. Zadufani w sobie pseudo naukowcy, którzy chcieli udowodnić swoją wyższość nad studentami. Nie wiem, czy ktoś się nad nimi znęcał za czasów szkolnych, ale na to wyglądało.

– studenci – niewygodna prawda. Większość studentów była jakimiś odmieńcami w za długich swetrach. Prawie każdy dbał tylko o czubek własnego nosa. Niestety, tylko nieliczni potrafili pomóc. Ukłon w stronę jednej z moich koleżanek, która pomogła mi z gramatyką języka polskiego (nienawidzę was, przebrzydłe wykresy!).

– elita  – istniała jakaś dziwna elita (na moje może być to nawet antonim tego słowa), która się wszędzie pchała, by załatwić sobie wszystko po znajomości. Do tej grupy należały typowe studenckie lizusy. Po zajęciach raczej nie mieli swojego życia czy pasji. Tkwili może gdzieś pomiędzy.

– egzaminy ustne – niemal wszystkie egzaminy były przeprowadzane w formie ustnej. Tu nie było chwili na skupienie. Nie wiesz? Źle wyglądasz? Nie podlizujesz się? Ok. Warunek.

– przedmioty „zapychacze” – jak na każdych studiach, są takie przedmioty, które nigdy do niczego się nie przydadzą, musisz przez nie przebrnąć, po prostu. Do takich z pewnością można zaliczyć np. Czytanie – gdzie, jak sama nazwa wskazuje, czytało się jakieś bzdurne, niezrozumiałe teksty. W dodatku z takim wykładowcą, że na sam widok usypiałam.

– lekcje ćwiczeniowe – porażka nad porażkami, wszystko porażka.  Wraz z grupą moich koleżanek, musiałyśmy przeprowadzić lekcje próbne pod okiem byłej studentki (lizuski naszej wykładowczyni).  Chyba była też jakaś niespełniona życiowo, ponieważ każdą z lekcji negowała, zachowywała się jak królowa pośród nauczycieli, a niestety – jej lekcje były nudne jak flaki z olejem. Tak to jest, jak ktoś wywodzi się z elity pseudo prymusów i lizusów. Przykra prawda.

– program – coś, co zostawiłam na sam koniec. Na uczelni chyba czas się zatrzymał. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, technologia nieustannie się rozwija. A my? Uczyliśmy się jakichś nieprzydatnych bzdur. Gdzie przedmioty związane z nowoczesnością? Gdzie zajęcia przygotowujące polonistów do pracy z zupełnie nową generacją? Gdzie współczesne metody nauczania, które pozwolą nam działać na rynku pracy? Poproszę o minutę ciszy.

Wniosek:

Te studia nie były łatwe. Sporo  ludzi się przewijało co chwilę przez poszczególne zajęcia. Przychodzili i odchodzili. Naprawdę nieliczni przetrwali tę studencką walkę. Ja miałam parcie, by po prostu mieć licencjat w kieszeni. Ale myślę, że gdyby nie było to wymagane, to rzuciłabym tę uczelnię po pierwszym tygodniu.

Ale zostałam. Przetrwałam każdy trudny okres, każdą zatrważającą sesję. Dziękuję z tego miejsca mojej przyjaciółce – gdybyśmy nie miały siebie nawzajem, to nie wiem, co by się stało.

Jak widać, jednak filologia polska przyniosła mi jakieś profity. Znalazłam dobrą pracę i wcale nie wylądowałam jako bezrobotna.

Sądzę, że gdyby ulepszyli chociaż program nauczania na tych studiach, to absolwenci podbili by świat. No dobra, może nie cały, ale byliby jeszcze bardziej cenni dla pracodawców.