Olejek CBD na walkę ze stresem

Dziś trochę inny wpis. NIE JEST TO REKLAMA – absolutnie nie.

Chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat olejku CBD.

Przez to, że aktualnie pracuję zdalnie sporo rzeczy zaczęło mnie stresować. Czy to sprzęt niedziałający, brak prądu, czasem brak zainteresowania po drugiej stronie i tego typu inne stresory. W dodatku mamy takie czasy (czas koronawirusowy), że można poczuć się jak w klatce. Ograniczone kontakty ludzkie także źle wpływają na samopoczucie.

Wtedy na ratunek przychodzi on – olejek CBD.

Przy okazji zachęcam do poczytania jakichś wartościowych artykułów o tym, że olejek CBD nie ma działania psychoaktywnego – ponieważ niektórzy nadal błędnie to pojmują.

Czy olejek CBD odmienia życie?

Powiedzmy sobie wprost – olejek jest świetny. Jednak wiadomo, nie rozwiązuje problemów psychicznych. Stanowi suplement diety, który rzeczywiście wspomaga nasze zdrowie. Nie zmieni on charakteru, sposobu bycia czy podejścia do niektórych rzeczy. Nie. Natomiast pozwoli lepiej funkcjonować w ciągu dnia – w pracy, szkole itd.

Jakie zauważyłam w sobie zmiany po stosowaniu olejku przez 2 tygodnie?

  1. Olejek CBD poprawia apetyt. Nie rzucasz się na jedzenie, tylko po prostu zaczynasz jeść ze smakiem i satysfakcją. Sprzyja to odchudzaniu (naprawdę), ponieważ jesz tylko wtedy, kiedy naprawdę jesteś głodny.
  2. Poprawia pracę jelit. Jeśli kortyzol (hormon stresu) pojawia się w twoim organizmie, olejek hamuje trochę jego działanie, w moim odczuciu rzecz jasna.
  3. Poprawia jakość snu. Śpi mi się o wiele lepiej, nie wybudzam się w nocy, a przy okazji zasypiam bardzo szybko. Śpię jak bobas!
  4. Czasem trochę uśmierza mój ból zatok – jednak nie jakoś spektakularnie.

Te kilka rzeczy byłam w stanie zaobserwować od początku stosowania olejku CBD. Póki co, polecam jak najbardziej stosowanie. Zwłaszcza w tym trudnym, pełnym stresu czasie.

Zdecydowałam się na zakupienie olejku z marki Kanaste (https://kanaste.pl) – z polecenia znajomych, więc dla mnie było to wiarygodne źródło. Do wyboru są dwie opcje smakowe – waniliowy oraz naturalny. Jako iż jestem waniliową królową – decyzja była prosta i szybka!

Pisałam licencjat o Disneyu!

Dawno, dawno temu, kiedy na ziemi chadzały jeszcze mamuty…

Stop. Oczywiście zmysł żartownisia się we mnie obudził. Aż tak dawno to pracy licencjackiej nie pisałam. Właściwie to z trzy lata temu. Chciałabym poruszyć kilka kwestii w tym temacie.

Jak znaleźć temat pracy?

Z własnego doświadczenia wiem, że lepiej nie wpisywać w wyszukiwarce Google: tematy prac licencjackich.
Głupota totalna. Niektórzy myślą, że poprzez takie łatwe zaczerpnięcie inspiracji, ułatwią sobie sprawę. Jednak nie, to zupełnie tak nie działa. Poszukując tematu na pracę licencjacką, należy przede wszystkim najpierw zajrzeć w głąb siebie. Brzmi zapewne dosyć abstrakcyjnie, ale rzeczywiście tak jest. Osobiście zastanawiałam się kiedyś nad tym. Chciałam, jak pewnie zresztą każdy, żeby nie robić sobie pod górkę, żeby było łatwo i przyjemnie (teraz to już w ogóle kosmicznie się zrobiło).

Odpowiedź przyszła do mnie wprost z mojego wnętrza, dosłownie! Uwielbiam ekranizacje disnejowskie. Będąc małą dziewczynką, bacznie obserwowałam każdy wyemitowany film animowany. Oczywiście marzyło mi się zostać jedną z tych słynnych księżniczek. Każda pragnęła księcia z bajki, który odczarowałby jej, jakże kiepskie, życie. Utożsamiałam się z tymi uroczymi damami. Do czasu, gdy obejrzałam Pocahontas. Ona była już zupełnie inna. Jasne, poznała swojego Johna Smitha – ale nie w głowie miała romanse. Udowodniła, że liczą się te wartości, w które sama wierzyła. Wreszcie zauważyłam zmiany w kulturze, zmiany samych kobietach.

I co w końcu z tym tematem?!
Dywagując sama ze sobą, mając w myślach jedynie Walta Disneya – wpadłam na genialny pomysł. Postanowiłam przeanalizować całą transformację księżniczek Disneya – od reprezentantki patriarchalizmu (Śpiącej Królewny), przez rebeliantkę (Pocahontas), aż po silnie wyzwoloną kobietę (Merida waleczna).

Jakie to miało powiązanie ze studiami?

No tak, to ważna kwestia. Praca musi choć w małej części mieć powiązanie ze studiami, z kierunkiem. Jak się ma filologia polska do Disneya? Już tłumaczę. W każdej animacji była jakaś piosenka, a jak wszyscy wiemy – zawiera ona konkretny tekst, z konkretnym przesłaniem. Na filologii kochamy interpretować. Wzięłam się zatem za interpretację zarówno piosenek, jak i powiązań księżniczek z kulturą i zmieniającym się światem.

REASUMUJĄC:

1. Nie trzeba szukać na siłę tematu na pracę dyplomową.

2. Można tak pokombinować, aby sprawić sobie przyjemność pisania.

3. Należy się zastanowić: co lubimy robić, o czym lubimy czytać, co lubimy oglądać? Odpowiedź przyjdzie znienacka.

4. Trzeba rozważyć dokładnie, czy temat, który obierzemy, ma jakiś związek z naszymi studiami.

5. Jeśli trafi się w punkt – to być może jak mnie – na pisanie kolejnych rozdziałów wena będzie przychodziła codziennie! Słowo daję.

Największe marzenie – USA

Mam wrażenie, że rzeczywiście w poprzednim życiu zamieszkiwałam tereny Stanów Zjednoczonych. Zawsze gdy oglądałam filmy, które nakręcone były właśnie tam, to wyobrażałam sobie siebie, która kroczy po tej amerykańskiej ziemi.

Najbardziej to zachwycały mnie te czerwone, ceglane kamienice, z dołączonymi za oknem drabinkami. Te z kolei prowadziły zwykle na dach budynku lub do sąsiada niżej czy wyżej. Marzyło mi się, by spotykać się z kimś na tym przedziwnym rusztowaniu, nocą, z kocem, dobrym winem i rozmawiać bez końca pośród gwiazd. Nie wiem dlaczego, ale to byłby wyjątkowy wieczór. 

Drogi, drogi, drogi! Jestem fanką dróg amerykańskich. Zdaję sobie z tego sprawę, że większość ludzi chciałaby przejechać się słynną 66. – samochodem, rowerem  czy motorem. Chyba masa zdjęć, na które się natknęłam, spowodowała, że tak bardzo marzy mi się uwiecznić swoją postać na tle tej znanej szosy.

Dla niezaznajomionych – otwarta 11 listopada 1926 roku trasa drogowa w USA o długości 2448 mil (3939 km) łącząca Chicago z Los Angeles, a od 1936 przedłużona do Santa Monica. Przebiegała przez stany Illinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię, by zakończyć swój bieg w Los Angeles.

Wyobrażam sobie jak zaczynam swoją trasę w Chicago, delektuję się każdym widokiem, odwiedzam wszystkie przydrożne bary i restauracje, aż kończę podróż w Los Angeles.

Oczywiście jest masa rzeczy, które pragnę zobaczyć w USA  (jak np. Central Park, Waszyngton, parki narodowe, Universal Studio, Hollywood, Wielki Kanion, dom Kevina i naprawdę o wiele, wiele więcej). Marzę, by doświadczyć także różnych  atrakcji:

1) zjeść burgera amerykańskiego

2) zajrzeć do typowego marketu,  kupić płatki w kartonie i masło orzechowe

3) zobaczyć prawdziwy Dziki Zachód

4) obejrzeć seans w prawdziwym kinie samochodowym

5) spać na dziko w namiocie bądź kamperze – obserwować amerykańską naturę

6) zjeść śniadanko nad kanionem

7) poznać Amerykanina z krwi  i kości

8) przespacerować się po jakimś High School lub Primary School w USA, by zobaczyć, czy rzeczywiście są tam warunki sprzyjające edukacji

9) przejść się do baru na peryferiach i posłuchać sobie country

10) zwiedzić siedzibę NASA

11) zrobić sobie fotkę pod Harvardem

12) spełnić własny AMERICAN DREAM!

Konkluzja tych moich pięknych wywodów jest taka, że zaczynam zbierać pieniądze, by wyruszyć w prawdziwą podróż marzeń! Wierzę, iż jest to do spełnienia. Wystarczy zaoszczędzić, a potem już tylko wymieniać walutę na dolary (które zresztą już mam w oczach).

A teraz wizualizuję sobie to wszystko. Niedługo tam będę.

Zdjęcia PÓKI CO nie są mojego autorstwa (z pinterest.com). Myślę, że to się zmieni.

Czy musisz mieć pasję?

Zbyt często ostatnio natrafiam na artykuły, konta na Instagramie, na podcasty, które mówią tylko o samorozwoju i o konieczności posiadania pasji. Najlepiej by było, gdyby się z niej utrzymywało. Wtedy osiągnąć można szczyty możliwości.

Czy mam w ogóle pasję?
No właśnie. Jak brzmi odpowiedź na to pytanie? Niektórzy zadają je sobie niemalże codziennie. A odzewu wciąż brak.
Pasją nie tylko są zdolności manualne, umiejętność grania na jakimś instrumencie czy talenty godne telewizyjnego show.
Ostatnio podsłuchałam, że owa pasja może narodzić się z czasem wykonywania jakiegoś konkretnego zadania, określonej pracy. Z drugiej strony, oprócz predyspozycji do wykonywania jakiejś czynności, trzeba coś po prostu lubić.

Co zatem lubię robić?

Śmieszne pytanie, ponieważ są rzeczy, czynności, które lubimy, a niekoniecznie można się z tego utrzymać. Mówi się: rób to, co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia”. Jasne. A jeśli praca staje się już rutyną? Znajdować w niej coraz to nowe rozwiązania i metody?

Nic na siłę?
Mimo tego, iż rzeczywiście żaden człowiek nie powinien robić nic na siłę, to czasami sam nie wie, czego by chciał. Pragnąłby robić coś fajnego, coś dzięki czemu zyska uznanie reszty ludzi. Chciałby również przy tym dobrze zarabiać. Jak tego dokonać?

Pozwoliłam sobie zebrać przeróżne pytania z przeróżnych źródeł, które pozwolą w jakiś sposób nakierować każdego na dalszą drogę działania.

1. Na czym ci tak naprawdę zależy? Relacje rodzinne, praca, dom? Co jest priorytetem?

2. Co sprawia ci przyjemność? Jakaś czynność, za którą bierzesz się bez namysłu, tylko po prostu to robisz, bo lubisz.

3. Czego wymagasz w pracy? Czy chcesz się rozwijać, czy wolisz osiąść na laurach i grzać miejsce na wygodnej posadzie?

4. Ile byś chciał zarabiać? To też ma istotne znaczenie.

5. Czy wolisz pracę indywidualną czy zespołową?

6. Chciałbyś pracować w kraju, w którym mieszkasz, czy może za granicą?

7. Co cię nudzi i czego nigdy nie chciałbyś robić?

8. Czy twoje marzenie jest związane z tym, co mógłbyś robić?

9. Kim chciałeś zostać w dzieciństwie? Czy był to konkretny zawód?


Moja top dziewiątka, którą stale rozbudowuję, żeby uzyskać odpowiedź, by znaleźć wskazówki, gdzie ta pasja się znajduje.

Praca w czasie pandemii

Jak już wcześniej pisałam – pracuję w szkole jako nauczycielka. Choć o sprawach zawodowych rzadko mówię, to tym razem muszę się podzielić informacjami jak i moimi spostrzeżeniami.

Maseczki, wirus, szkoła
Tak właściwie to dzieci chyba nie do końca rozumieją, po co mają nosić maseczki. Dla nich jest to kara, a noszą je, ponieważ mogą dostać uwagę do dziennika, a nie jakiegoś wirusa.
Mamy rzekomo unikać skupisk. Wytłumaczcie mi to, bo nie rozumiem. Jak to zrobić, skoro szkoła to jedno wielkie skupisko i wylęgarnia wirusów i bakterii? Myślę, że przypiszę to pytanie do tych retorycznych.

Kwarantanna
Co chwilę w dzienniku elektronicznym dostaję wiadomość o tym, że ktoś jest na kwarantannie. Zbiera się coraz więcej takich uczniów czy nauczycieli. Nie ma kto się uczyć i nie ma też kto nauczać. Jednego dnia bardzo zdziwiły mnie pustki w pracy – gdzie ci ludzie? Gdzie dzieci? Ano, zagrzewają domowe kąty, kombinując i walcząc z elektroniką, by w jakikolwiek sposób połączyć się z osobami w tzw. trybie stacjonarnym.

Zdalne?
Kiedy już naprawdę w szkole można było usłyszeć echo, z uwagi na brak jednostek – wisiał nad nami jeden, porządny wyrok zatytułowany zdalne.

Dlaczego wyrok? Dlatego, że jest to nauka uciążliwa, męcząca. Nie tylko ze względów zdrowotnych, ale także w kwestii rzeczy martwych (laptopy, komputery, Internet). Zdalne to idealna pożywka dla leserów, którzy tylko kombinują, jak by tu uniknąć zadań czy lekcji. Uczniowie potrafią, podczas bycia na łączach, włączyć mikrofon i stukać żałośnie w klawiaturę. Niektórym serio odbija.

Co dalej?
Jak to się dalej potoczy, tego nie wiem. Tego nikt nie wie i nie będzie wiedział. Żyjemy w czasach niepewności. Dzisiaj stacjonarnie, jutro zdalnie, pojutrze hybrydowo – a za miesiąc? Boję się myśleć. Wielu dyrektorów pisało apel do rządu – żeby to w końcu ogarnęli, żeby jasno było powiedziane, aby ustalono jakieś zasady.
Szkoła aktualnie to jeden wielki chaos. Milion znaków zapytania, lewitujących gdzieś w przestrzeni, łącznie w wirusami. Mieszkanka wybuchowa może niedługo eksplodować. Codziennie się obawiam o to wszystko.

Dobrze pooglądać zdjęcia z czasów normalności.
Kawałek uchwyconej Danii.

Październikowe refleksje

Czasem mam wrażenie, że pogoda odzwierciedla stan duszy. Nie wiem czy to taki czas, czy po prostu ludzie świrują.

Ostatnio wysnułam przez to pewien wniosek. Być może mądrość stara jak świat, jednak dla mnie to news miesiąca.

Kiedy jeszcze świeciło słońce, powiewał wiatr, otulając swoją, letnią jeszcze, aurą ludzie byli w normie. Można było normalnie z nimi porozmawiać, mieli w sobie chęci, by starać się o daną więź i tak ogólnie – potrafili dostrzec drugą osobę.

Ledwo ta żółta kula gazowa się skryła, niemal każda istota zwariowała bądź uległa awarii. Każdy człowiek zaczął patrzeć tylko na siebie – a jak na innego, to z pogardą, zazdrością.

Byłam naprawdę miła. Na miarę swoich możliwości i zgodności z charakterem, dbałam o interakcję. Jednak jeśli ludzie wykorzystują moją dobroć, nie dostrzegają drobnych rzeczy, nie potrafią być wdzięczni – ja odpadam z tej gry.

Październikową refleksją jest to, że wprawdzie to ja byłam chyba oślepiona tym słonecznym światłem. Kiedy zniknęło, nagle dostrzegłam prawdziwe kolory. A raczej jedną, szarą barwę ludzkości.

Idę zaparzyć herbatę, na ratunek chandrze. Przeciwko głupocie i egoizmowi.

Sportowa miłość

Co tak naprawdę daje mi sport? Od czego się zaczęło? Czy trzeba zawsze zmuszać się do ćwiczeń?

Od zawsze byłam dość ruchliwym dzieckiem. Jednak w szkole podstawowej, a dokładnie w klasie trzeciej, było mi bardzo przykro, kiedy musiałam grzać ławkę na zawodach w wyścigach rzędów. Właśnie wtedy zrozumiałam, że muszę powalczyć trochę o swoje. Od tamtej pory starałam się na każdych zajęciach z wychowania fizycznego – aż w końcu byłam najlepsza. Niezwykłą radość sprawiał fakt, iż w latach późniejszych już zawsze brano mnie na wszelkie eventy sportowe. Wzrastał we mnie duch walki, ale również sama na swój sposób po prostu rosłam.

Dziewczyna, która kopie piłę

Również w szkole podstawowej zainteresowałam się piłką nożną. Należałam nawet do damskiej drużyny. Niestety, szybko się rozpadła, a wraz z nią także moje zainteresowanie. Jednak wspominam ten czas bardzo miło.

Siatka

Ta miłość trwa wiecznie, ponieważ uwielbiam grać w piłkę siatkową. Choć już dawno tego nie robiłam, to z ogromną chęcią zapisałabym się do jakiejś pobliskiej drużyny. Gdybym miała czas…

Bieganie, fitness, siłowe

Bieganie to także jedna z moich miłości. Od czasów przezwyciężenia słabości, ciągle ktoś mnie ciągnął na zawody biegowe. Moim atutem ponoć były biegi na sto metrów (dziś pewnie żółwim tempem). Myślę, że tylko biegacze mogą podzielić mój zachwyt nad samym startem z bloków – odpowiednie ustawienie, pistolet i wybieg – stan idealny.

Potem nastała era Chodakowskiej. Byłam w jej gangu całe liceum i przez okres studiów. Jednak trochę mnie znużyło to katowanie ciała. W ogóle nie odczuwałam frajdy z ćwiczeń fizycznych. Do czasu, gdy odkryłam na nowo sport. Uwielbiam aktualnie ćwiczenia siłowe: z gumami oporowymi, z hantlami czy też masą własnego ciała. Nie muszę się nigdzie spieszyć, nie muszę robić tych tragicznych pajacyków. Jestem tylko ja i moje ciało, które odwdzięczyło mi się niedawno pięknymi, wyrobionymi kształtami.

Ruch daje mi zawsze nową energię. Po przepracowanym dniu moje wewnętrzne baterie stanowczo potrzebują doładowania. Wtedy wraz z moim ciałem pokonujemy słabości. Zaczynamy dzień na nowo.

Stan zapalny – czyli alarm organizmu

Od jakiegoś roku organizm mówi mi, że jest coś nie tak. Zaczęło się niewinnie – od przeziębienia. To z kolei przerodziło się w zapalenie ucha, a potem (jak już w końcu się dowiedziałam) w zapalenie zatok.


Od lekarzy do lekarzy…


Praktycznie byłam u wielu specjalistów. Uderzyłam najpierw do pewnej laryngolog, która kazała robić mi płukanki, wdychanki i generalnie chyba myślała, że udaję. Precz z takimi.

Było coraz gorzej.

Po jakimś czasie poszłam do innego laryngologa, który chciał mnie faszerować jakimiś sterydami doustnymi. Dorzucił do tego aerozol do nosa w sprayu. Tak oto zaczęło mi się kręcić w głowie, organizm całkiem zwariował. Byłam całkowicie otumaniona. Stwierdził, iż wszystkie badania wskazują zdrowe zatoki. Tomografię kazał zrobić, a nawet łaskawie płyty z obrazem nie sprawdził. Tacy to są już ci lekarze dwudziestego pierwszego wieku. Posłał mnie do pani neurolog.

Robiło się ciekawie.

Pani neurolog, młoda, zachwyciła mnie swoimi opiniami od pacjentów na stronie internetowej. Zatem wybrałam się na wizytę, myśląc, że mam coś z głową. Albo raczej – w głowie. Wykluczyła wszystkie możliwości i podała diagnozę: napięciowy ból głowy. Tylko gdzie to napięcie? Czemu? Skąd? Na więcej moich pytań nie uzyskałam niestety odpowiedzi, ponieważ pojawił się koronawirus, a lekarka zniknęła bez śladu.

Skoro napięcie, to może do fizjoterapeuty?

I owszem, udałam się do fizjoterapeuty. Coś tam we mnie poprzestawiał, ale ból między oczami i u nasady nosa odczuwałam tak samo mocno. Przez okrągły rok, dzień w dzień. Właściwie to przywykłam już do tego bólu. Zapomniałam jak to jest żyć normalnie, kiedy organizm funkcjonuje tak jak pierwotnie, gdy jest po prostu zdrowy, witalny. Poddałam się i nie miałam po tej wizycie nadziei.

Czas na kolejną panią.

W Internecie znalazłam ciekawą starszą panią laryngolog, do której się udałam niedawno. Antybiotykoterapia nie brzmiała zbyt przyjemnie, kiedy mi to oznajmiła. Jednak poprawiło się co nieco w moim funkcjonowaniu. Choć czasem wciąż czuję ból. Aby rozrzedzić wydzielinę, którą nadal w sobie czuję, dosłownie jak obcego wewnątrz – piję napar z kurkumy, rzuciłam po części mój ukochany nabiał i zamówiłam sobie herbatkę z czarnego bzu.

Mój organizm alarmuje jeszcze głośniej. Chciałabym móc go uciszyć, by w końcu mieć chwilę spokoju do prawdziwego działania.

islandzka plaża i cud, miód ocean

Gdzie najchętniej udałabym się w podróż?

Każdy ma w głowie takie miejsca, do których chciałby się udać.

Oprócz mojego nadrzędnego planu wyjazdowego, jakim są Stany Zjednoczone (omówię w osobnym wpisie), chciałabym wyjechać w inne, równie piękne miejsca. Zaznaczę, iż są to zachcianki na najbliższy czas. Wprawdzie to bym chciała zwiedzić pół świata. A może i cały?

Jeszcze zanim mój dziadek odszedł, odbyłam z nim ciekawą rozmowę geograficzną. Wspominał, że Madagaskar to zupełnie inny świat. Choć sam kochał być w domu, to jednak o tej wyspie marzył.

Co konkretnie?

Aleja baobabów – oklepane niby, aczkolwiek chciałabym przejść pośród tego cudu natury.

Plaże – sądząc po zdjęciach to najchętniej każdą, jaka byłaby tylko możliwa.

Lemuria Land – bazując na Pingwinach z Madagaskaru, które można obejrzeć np. na Comedy Central, to z pewnością chciałabym ujrzeć zwierzaczki z gatunku lemurów. Zupełnie inne istoty, tak rzadko spotykane.

Domek na wodzie – wiele takich widziałam w różnych rejonach turystycznych, jednak te na Madagaskarze mają swój specyficzny urok.

Kolejnym punktem moich odwiedzin byłaby pewnie Finlandia, z racji tego, że właściwie odwiedziłam już większość państw skandynawskich. Ciekawi mnie sam system szkolnictwa, tak wyjątkowy i niepowtarzalny. Samo to, że nauczyciele zarabiają tam o wiele więcej niż w Polsce już przyciąga.

Włochy – piękna Toskania, piękne zabytki. Marzy mi się włoski klimat, jak w Jedz, módl się i kochaj.

Hawaje – to właściwie USA. Chciałabym oglądać tam zachody słońca, tańczyć taniec hula, usłyszeć chociaż kilka zdań od rdzennych mieszkańców (hawajski to taki pozytywny i optymistyczny język!). Kojarzę skądś, że to właśnie na Hawajach panuje wszechobecna radość wśród ludzi, bez zawiści. ALOHA!

Namiastka tego, co przyszła mi aktualnie do głowy. Szykując materiały do pracy, snuję sobie różne wizje podróży. Kto wie, może i ja zostanę tzw. cyfrowym nomadem. Tutaj miejsce na chwilę śmiechu. Nie no, jednak choć na jakiś czas obejrzeć to, co doświadczały tylko moje oczy dzięki Discovery czy Animal Planet.

fotka cyknięta na Islandii – mój zaliczony raj

Sposoby na jesienną chandrę

Kiedy nieubłaganie zbliża się kolorowa pora roku, zwana jesienią, panuje taka mała, społeczna panika. To strach przed brakiem słońca, gorszym humorem, ogólnym zdołowaniem jednostki czy brzydką pogodą.

Myślę, że każdy ma jakieś własne sposoby na walkę z tym okresem.  Moje ulubione z nich to:

  1. Słuchanie muzyki – takiej, na którą mam ochotę danego dnia. Idealnie poprawia humor, a ja chwilowo zapominam o obowiązkach.
  2. Czytanie książek – kiedy za oknem panuje ulewa, wichura i inne tego typu anomalia pogodowe – ja przenoszę się w inny świat, w którym jest ładnie i przyjemnie.
  3. Trening – u mnie akurat siłowy, z gumami oporowymi. Trenuję w domu, co by przyoszczędzić na płaceniu na siłownie. W dodatku oszczędzam czas na trasę, prysznice, przebieranki itd. Czasem przymuszam się do tych ćwiczeń, jednak po nich wcale tego nie żałuję! Bardzo kojąco działa na mój umysł. Chce mi się więcej działać i pracować.
  4. Napar z imbiru – pewnie niektórzy pomyślą, że bardzo oklepane. No pewnie, jednak nie dla mnie. Wystarczy do zwykłej herbaty dorzucić starty imbir, trochę cytryny i miodu – odnowa biologiczna gwarantowana. A przynajmniej mały raj dla zatok.
  5. Dłuższy odpoczynek po pracy – mam na myśli tutaj chociażby drzemkę. Nie ma sensu przymuszać się do siedzenia nad papierami. Lepiej zregenerować siły w postaci snu, by potem ruszyć z nową energią!
  6. Zakupy online – no po prostu odprężenie i ucieczka od wszystkiego. Tylko uwaga… ucierpieć może na tym portfel oraz cenny czas. Wszystko z rozwagą. Potem można zgubić się w zamawianych paczkach.
  7. Telefon do kogoś bliskiego – krótka rozmowa, nawet pięciominutowa potrafi człowieka rozweselić.
  8. Masło orzechowe – to miłość bezgraniczna, w odpowiednich ilościach poprawia nastrój!
  9. Jesienne porządki – opróżnianie szaf ze zbędnych rzeczy, to jak zrzucenie zbędnego balastu z głowy.
  10. Film – taki gatunek jaki lubię, na jaki mam w danej chwili ochotę. Refleksyjny czy rozweselający – odciągnie myśli towarzyszące jesiennej chandrze.

Polecam moją piękną dziesiątkę. Nie przepadam za jesienią, a moja czołówka rozwiązań jest z pewnością godnym towarzyszem w boju.