Smaki dzieciństwa

Zawsze gdy wracam w rodzinne strony, przypominają mi się zapachy i smaki ulubionych potraw.

Moim podniebieniem zdecydowanie rządził słodki smak. Sporządziłam zatem listę dań/produktów, które łączę z okresem dzieciństwa.

1. Nutella
Nie wiem jak można było tego nie kochać. Dla mnie codzienność na kanapce. To był prawdziwy rarytas, wśród wszelkich smarowideł. I choć dziś nie jem ze względów zdrowotnych, to wtedy potrafiłam pochłonąć pół słoika. Niebo w gębie!

2. Zupa owocowa z kisielem
Nie mam bladego pojęcia, jak moja babcia to przyrządzała. Wiem tylko, że było to przepyszne połączenie. Aż stało się obiadowym menu.

3. Warstwowe wariactwo mojej mamy – budyń na spodzie, a z wierzchu kisiel
Jak dla mnie kombinacja nie do przebicia. Rozpływało się w dziecięcych ustach.

4. Racuchy w kształcie zwierzątek
Babcia miała nad wyraz wielką wyobraźnię, a ja zajadałam, aż uszy mi się trzęsły.

Były też kopytka na słodko, wszelkie produkty mleczne (mleko było podstawą każdego dania, w myśl hasła „Pij mleko, będziesz wielki” – ta reklama był a wtedy bardzo popularna). Ciasteczka-zwierzątka z czekoladą, produkty Kinder, lody Pingwin, chrupki Flips, Maczugi, draże Kosiarz i wymieniać można by bez końca.
Czasem coś z tego sobie przekąszę. I wtedy, niczym Piotruś Pan w Nibylandii, pozostaję dzieckiem.

W każdym z nas tkwi ten naturalny brzdąc, nieskażony jeszcze systemem i złem świata.

Na zdrowie – czyli jak mieć szacunek do własnego ciała

Bywa tak, że niektóre książki wpadają nam w ręce zupełnie nieprzypadkowo.

Miałam tak z Ołówkiem Katarzyny Rosickiej-Jarczyńskiej.

Można by rzec, że ta pozycja naszkicowała mi  drogę do szacunku wobec własnego ciała i zdrowia.

Od modelki, pięknej i mądrej kobiety, aż po wyłączoną ze świata istotę.

W sumie akcja rozwija się niepozornie. Do czasu pewnego spaceru. Bohaterka, idąc śmiało chodnikiem, nagle się potyka. Właśnie ten upadek ją określa i jednocześnie skazuje na chorobę. Stwardnienie zanikowe boczne obejmuje całe ciało. Rozpościera się po mięśniach, aż powoli wnika w charakter. Z czasem choroba staję się jej definicją. O reszcie historii polecam przeczytać w książce.

Co daje Ołówek?

Przede wszystkim sprawia, że na co dzień zaczyna się doceniać zdrowie. Naprawdę – dostarcza radości z samodzielnego wstawania z łóżka. Niby nic, a jednak bycie samowystarczalnym to wspaniałe uczucie.

Ogromną dawkę szczęścia gwarantuje trzymanie uszka od kubka z gorącą kawą. Pełna kontrola nad ruchami pozwala również na pewną kontrolę życia.

Co istotne – sama chora to autorka książki.

Codzienne czynności zyskują większą rangę. Każdy ruch jest darem.

Książka, dzięki której polubiłam czytać

Kiedyś nie lubiłam czytać. Kojarzyło mi się to z marnowaniem czasu i przysypianiem. Jako dziecko dosyć ruchliwe, nie potrafiłam usiedzieć w miejscu, zatem poświęcenie się dla lektury to była prawdziwa katorga. Jednak pewnego dnia, będąc z mamą w księgarni (zdecydowanie średnio się tam czułam), ujrzałam okładkę książki. Widniała na niej rudowłosa dziewczynka o krystalicznej cerze z kilkoma piegami. Wyglądała adekwatnie do tytułu tej pozycji: Krucha jak lód.  Czasem mam przebłyski wiary w przeznaczenie i poczułam, że to jest właśnie to.

Wzięłam książkę bez wahania. Okazało się, że tak naprawdę przez cały czas czytałam nudne pozycje, które nie wciągnęły mnie do świata przedstawionego.

Przebrnęłam bacznie przez życie Willow (dziewczynki chorej na osteogenesis imperfecta – łamliwość kości). Wydaje mi się, że pokochałam ją  od pierwszego przeczytania wypowiedzianych przez nią słów. Pomimo swojej przypadłości, była bardzo inteligentna, potrafiła niejednemu sprzedać ciętą ripostę.

Niewiarygodnym dla mnie okazało się przyrównywanie łamliwości kości do sytuacji życiowych. W końcu temu zjawisku ulegają przysięgi, obietnice, plany, serce…

Książka miejscami uderza w sedno:

Nie musisz mówić „Kocham cię”, żeby powiedzieć, że kochasz. Wystarczy, że zawołasz mnie po imieniu i ja to wiem. (…) Kiedy kogoś kochasz, to wymawiasz jego imię zupełnie inaczej. Słychać, że w twoich ustach jest bezpieczne.

Historię swojego życia można napisać od nowa na sto różnych sposobów, ale nic nie zatrze tych kilku pierwszych pociągnięć pędzlem.

A czasem czuć nutkę ironii:

Mieć wybór to zabawna sprawa: zapytaj członków dzikiego plemienia, które od niepamiętnych czasów żywi się larwami i korzonkami, czy są niezadowoleni, a w odpowiedzi doczekasz się tylko wzruszenia ramionami. Ale podaj im befsztyk z polędwicy w sosie truflowym, a później każ z powrotem jeść to, co sami wygrzebią z ziemi- wtedy już nigdy nie zapomną o tamtym wyszukanym posiłku. Kto nie wie, że ma wybór, temu go nie brakuje.

Jestem jak kartka do origami. Złożę się na pół, potem znów na pół i znów, aż w końcu zmienię się w kogoś zupełnie innego

Dawno nie czytałam Kruchej jak lód. Ale gdy tylko o niej pomyślę, przychodzi mi do głowy scena, gdy główna bohaterka wybrała się do Disneylandu. To właśnie tam potknęła się o papierek, który miała dołączony do zamówionych, kręconych lodów. Dosłownie się połamała.

Czy czasem nie jest tak z życiem? Jeden mały ruch i wszystko może runąć. Możesz się złamać wpół.

Na osłodę poniedziałkom

Na etacie lub nie – myślę, że większość ludzi nienawidzi poniedziałków. Perspektywa tego, że jeszcze tyle dni ma trwać tydzień przyprawia o migreny i inne tego typu przypadłości.

Nie ma co się martwić, też czuję napięcie z każdej strony – w głowie, miednicy czy potylicy.

Co przychodzi na osłodę moim poniedziałkom? Co dodać do tego felernego dnia?

Moja osobista dawka rozwiązań

  1. Organizuję sobie tak czas, by wieczór mieć wolny od zmartwień, pracy. Wszystko musi być odhaczone, żebym mogła w spokoju zrobić te bardziej przyjemne rzeczy.
  2. Myślę sobie, że jutro JUŻ wtorek. Po nim nastąpi środek tygodnia, a to już blisko weekendu. Myślenie jednak sporo zmienia i napędza do działania.
  3. Dzień wcześniej planuję i gotuję pyszny obiad – rozkosz podniebienia w ciągu dnia. Prawdziwa uczta między obowiązkami.
  4. Wstaję wcześniej – jednak nie, żeby pracować. Polecam zjeść wcześniej śniadanie, posłuchać/poczytać czegoś przyjemnego, nastawić się w zrelaksowany sposób na specyficzny dzień tygodnia.
  5. Na sam koniec coś wyjątkowego dla ciała – ćwiczę siłowo. Nawet kiedy już po wszystkich zrealizowanych zadaniach padam twarzą na klawiaturę laptopa, to i tak przebieram się w strój sportowy. Nie myślę wtedy o problemach, a ciało po wysiłku wydziela endorfiny, wykrzykujące szczere: „dziękuję”.



    Warto w poniedziałki dorzucić chwilę przyjemności.

5 filmów, które mnie wyjątkowo poruszyły

Kino swoją magią obrazu od zawsze mnie czarowało. Obserwowałam już bacznie disnejowskie księżniczki, przebrnęłam przez różne seriale i ekranizacje. Jednak w sercu pozostaje moje prywatne top 5. Są to zupełnie subiektywne spostrzeżenia. Nie jestem znawcą ani żadnym krytykiem filmowym. Piszę, jak czuję.

  1. Podaj dalej

Po pierwsze – bardzo dobra i godna rola Kevina Spacey. Właściwy aktor do tej roli, bo zapada w pamięć.

Film mnie kiedyś mocno zainspirował. Tak jak główny bohater, stworzyłam listę osób, którym mogę pomóc, licząc przy tym, że podadzą dalej ten zalążek dobroci. Oczywiście niektórym może się wydawać to zbyt utopijną wizją… Dla mnie, jako trzynastolatki, Podaj dalej był jak święty Gral. To był pomysł na naprawienie tego zepsutego świata. Nadzieja, że da się go skleić taśmą chęci i zapału.

Wzruszam się wystukując w klawiaturę krótki opis. Jako zagubiona nastolatka nie mogłam oderwać oczu od takiej dawki mądrości. Warner Bros wyemitował mi majstersztyk.

  1. Pocahontas

Moja ulubiona księżniczka Disneya od zawsze na zawsze. To właśnie ona obaliła ten patriarchalny styl życia. Nauczyła mnie walki o swoją tożsamość i rodzinę. Udowodniła, że kobieta nie potrzebuje księcia na białym koniu. Wręcz przeciwnie – wyraża siebie, buntuje się i uwalnia swoje prawdziwe „ja”. Kiedyś także swoje uzewnętrznię.

  1. Efekt motyla

Inspiracja do prowadzenia pamiętnika. I choć pojawiają się wątki nieco nierealne, to wciągnęłam się w ten świat. Pamiętnikiem bowiem można cofnąć się w czasie, do wspomnień. Dosłownie.

  1. Z dystansu

Ociekający refleksją życiową film, ukazuje pedagoga, który nie podchodzi emocjonalnie do podopiecznych. Pomimo swojego nauczycielskiego talentu, trzyma dystans. Osobiście uwielbiam za masę cytatów i za Adriena Brody.

  1. Młodzi gniewni 

Kiedy obejrzałam ten film pierwszy raz, pomyślałam: „Chcę być taką zajebistą babką, jak Michelle Pfeiffer!”. Bez ściemy.

Wcieliła się w rolę byłej wojskowej, która podjęła pracę w szkole jako nauczyciel. Ujarzmiła młode, nastoletnie umysły metodami, godnymi miejsca w jakimś vademecum pedagogów.

Reżim czy może dar nauczania? Kolejna dawka dobrego kina, z nutą inspiracji zawodowej.

Krótkie opisy, by nie wkradły się zbyt duże spoilery. Kawałek serca w blogosferze.

Jakie jest twoje miejsce na Ziemi?

Podróże zmuszają do wielkich refleksji. I tak oto, leżąc na islandzkim klifie, w głowie pojawiały się setki pytań i myśli. Między innymi: gdzie jest moje miejsce na Ziemi? Czy robię to, co naprawdę lubię? Czy wykonuję rzeczy schematycznie, bo tak trzeba i każdy tak zostaje zaprogramowany? Jaki właściwie jest przepis na życie? Jakie jego składowe sprawią, iż będzie ono w efekcie pełniejsze?

Takie pytania często nasuwają różne odpowiedzi – dlatego polecam zadawać je sobie głośno.

Wnioski:

Żyję sobie w swoim małym świecie, stwarzając problemy, które w obliczu tak wielkiego świata, naprawdę nic nie znaczą. Ten cały kortyzol (hormon stresu) niepotrzebnie skraca mi czas na Ziemi, a przecież jest go i tak mało.

Kim jestem? Osobą, która zwykle stara się zadowolić potrzeby innych, a raczej nie patrzy głęboko na to, czego sama by chciała. Byle tylko wypaść dobrze w obcych oczach, byle nie być sobą, bo ktoś mnie nie zaakceptuje. Po co mi ta aprobata? No właśnie, bez sensu.
Jestem belfrem, wkładającym w swoją pracę uczucie. Jednak czegoś mi ciągle brakuje. Po przewertowaniu Instagrama, zaczęłam dochodzić do wniosku, że TRZEBA mieć jakąś tzw. zajawkę. Wiecznie jej szukam na siłę, by coś znów udowodnić. Jednak tak naprawdę mam sporo zainteresowań. Lubię odpalić sobie czasem Worda, wystukać literami klawiatury swoje żale czy radości, uwielbiam czytać o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu (wszelkie biologiczne połączenia są nad wyraz oszałamiające), kocham ćwiczyć siłowo, dostrzegać to, jak wiele potrafi moje ciało, ostatnio nawet zaczęłam przerabiać zdjęcia. Kiedyś dobrze czułam się w montażu filmu (oczywiście takiego najbardziej banalnego, ale miało to swój urok i czar). Pokochałam także podróżowanie, które otwiera mi oczy na masę spraw, tak rzadko niewidocznych na co dzień. Już samo to, że opuszczam swoją strefę komfortu, zaczyna dodawać mi sporo odwagi.  Takiej czystej, do życia.

Wiecznie coś mi dolega. Jak nie problemy gastryczne, to okropne bóle głowy. Co jest człowiekowi, gdy wszystkie badania wychodzą bardzo dobrze, kiedy na papierze widnieje jasno: JESTEŚ ZDROWY JAK BYK?

Moim ostatnim wnioskiem jest to, że trzeba najprościej w świecie wyluzować. Mam wrażenie, że to właśnie kortyzol mnie zjada wewnętrznie. Uderza w nieskazitelne, jak dotąd, organy. Chciałabym się nimi jeszcze nacieszyć, dlatego:

  1. Niweluję napięciowe bóle głowy automasażem (wielu ludzi z pasją do zawodu fizjoterapeuty przekazuje za darmo mądre treści).
  2. Czytam coś, chociażby przez dziesięć minut dziennie.
  3. Jak mam ochotę, to robię coś w formie medytacji – głęboko oddycham przez tyle minut, ile chcę.
  4. Tłumaczę sama sobie jak jest naprawdę, odrzucam nierealne spostrzeżenia wewnętrznego krytyka.
  5. Prostuję się! (To jedna z 12. zasad życia Jordana Petersona – kanadyjskiego psychologa).
  6. Znajduję sobie zajęcie – człowiek bez zajęcia wariuje, bo ma czas na to, by dotarły do niego czarne myśli. Najlepiej je odrzucić jakimś ciekawym zajęciem. Proste?

To był dosyć osobisty wpis. Często blog może być niezwykłą formą autoterapii. Uwolnienie skumulowanych myśli pozwala na chwilę ulgi.

Otwarta przestrzeń podróży

Standardowe i oklepane stwierdzenie: podróże kształcą zawitało do mojego życia. Lawiruję gdzieś pomiędzy podróżnikiem a turystą. Jeśli się nadarzy dobra okazja – korzystam z wyprawy w pełni.

Islandia w moich oczach

Kraina ognia i lodu – tak mawiają. Choć ceny przerażają, to widoki zdecydowanie wszystko rekompensują. Na tej tzw. innej planecie ludziom się nie spieszy, czas zdecydowanie zwalnia. Jeśli na co dzień doskwiera ci niedotlenienie bądź przewlekłe bóle głowy, tutaj śmiało można oddychać pełną piersią. Niewiarygodne jak człowiek jest w stanie obcować z naturą, nie ingerując w nią nad wyraz.

Silny, zimny i pojawiający się sporadycznie wiatr, pędzący znad oceanu, tylko sprzyjał  umysłowi. Czułam, jakby każda szczelina w mojej głowie, która wcześniej wypełniona była czarnymi myślami, nagle została oczyszczona. Ten powiew po prostu redukował wszystko, co złe. Z redukcją kojarzy się pewna utrata, zatem przebywając tam, z pewnością możesz stracić zbędny balast problemów. Natura naprawdę pozwala człowiekowi poczuć się wolnym, i w swej istocie, prawdziwym. W końcu to ona nas wychowała. Matka Ziemia ma tyle do zaoferowania na Islandii, że zwyczajny, turystyczny tydzień nie wystarczy, to wciąż za mało.

Wodę można pić tam hektolitrami, jest tak krystaliczna, że dla naszych organów stanowi także pewne oczyszczenie. W tym raju ulegasz filtracji egzystencji. Dzięki  energii geotermalnej, dzięki temu, że widzisz, jak to funkcjonuje, możesz się zastanowić, co we własnym życiu da się ulepszyć, aby było łatwiej.

Nie wszystko musi być schematyczne i niepraktyczne – to da się odczuć na Islandii. Sam jej klimat zaszczepia nowe tchnienie życia.

Lustrzany krytyk

Nie będę sprzedawać sposobów na to, jak uciszyć lustrzanego krytyka, ani też jak go zlikwidować na stałe – bo on zaszył się tak mocno w podświadomości, że wydostanie go stamtąd graniczy z cudem.

Na początek zróbmy małe rozeznanie kim jest, skąd się wziął, gdzie przesiaduje całe dnie… Zatem – w psychologii nazywany wewnętrznym krytykiem. Jak nazwa wskazuje, jego miejsce zamieszkania to nasze ciało, a konkretniej – umysł. Tak sobie skacze po wszystkich płatach mózgu i, zdaje się, dobrze bawi. Uciska odpowiednie nerwy i przekazuje swoim toksycznym głosem informacje, przez które mamy tzw. doła. Czasem myślę, że to tworzy aż wielki kanion z tej rozpaczy.

Nawet gdy kroczymy samotnie przez miasto, on nam stale towarzyszy. Potrafi wertować we wspomnieniach i wyciągać te najgorsze. Normalne funkcjonowanie staje się często zaburzone. Bo kto szedłby wyprostowany przez tłum osób, słysząc skażonym szeptem: ty idiotko, jesteś za gruba, za brzydka, bez wartości, zbyt głupia.

Największym naszym wrogiem często jesteśmy my sami. Próbuję znaleźć recepturę na to, by pozbyć się wewnętrznego krytyka. Dobrym sposobem, póki co, okazuje się miłość bliskich osób. To ona stanowi trutkę, tymczasowe lekarstwo. Innych wciąż poszukuję.

W związku z jedzeniem

Trudna sprawa jak na nasze czasy. Dawno, dawno temu jedzenie potrzebne było do przetrwania. Walczono o nie, by przeżyć. Prosta funkcja, a jakże skomplikowana. No, trzeba było się pomęczyć.

Dziś wszystko jest ogólnodostępne – gdzie nie pójdziesz, możesz zadowolić swoje podniebienie. Kuchnie świata masz pod nosem. Zresztą samemu da się przenieść na chwilę, przykładowo, do Azji. Wystarczą odpowiednie produkty z pobliskiego marketu i zaraz możesz odwalić własne Putu Piring.

Taśma stop. Postęp na tej globalnej wiosce zaszedł nieco za daleko. Zaczął wręcz pędzić, a młode, niedostosowane jeszcze osobniki, pogubiły się i zostały w tyle. Gdzieś po drodze coś nie stykało, połączenie mózg-jelita się naderwało. Takim oto sposobem, od natłoku i rozwoju technologii, niektórzy stracili kontrolę – lub myśleli, że ją mieli, a w rezultacie było to urojenie. Tajemnicze słówko na dziś to: zaburzenie.

Gdzieś w Japonii czczą picie herbaty, oddają jej niemalże hołd i tworzą z tego ceremonię, a my wyrzucamy ziemniaki do śmietnika. Nie każdy ma dobrą relację z jedzeniem. Często ten związek jest dość burzliwy, pełen nieustannych zmian. Nie będę poruszać tutaj problemów wszelakich diet, które zostały wmyślone (właśnie… wymyślone), bo w internecie można sporo o nich poczytać. Oczywiście bardziej o ich negatywnych skutkach. Prawdziwą dietą są odpowiednie, zdrowe nawyki, nabyte po przetestowaniu tych złych. Jak się okazuje, wystarczy nauczyć się odpowiednich porcji, idealnych dla naszego organizmu. Wystarczy posłuchać, co on ma do powiedzenia, a nie Instagram, Facebook czy reszta świata. Sama właśnie to testuję i muszę przyznać – ciało się odwdzięcza niezłymi kształtami. A ja mogę w końcu jeść wszystko, co chcę. Taki układ mamy. Nastawiłam się na długoterminowość. W tym związku będę trwać już zawsze.

Centymetry w końcu się zmniejszają, a ja nie myślę jak kiedyś. Bawiłam się wówczas sama w dietetyka, który nie raz zapodawał jakiś kosmiczny jadłospis. Na przykład słoik dżemu na cały dzień. Nie polecam.

Polecam jedzonko z całego serca. W odpowiedniej kaloryczności i ilości jest na wagę złota. Przyjmuję tę stawkę!

Motywacja

Charlotte

Wszędzie szyldy, wpisy,  noty, presja. Mam wrażenie, że całkowicie zaatakowało nas słowo „motywacja”. Kiedyś kurs trzy razy „M”, dziś tylko razy jeden. Jak tak słucham wypowiedzi wszelkich psychologów, psychoterapeutów i innych znawców współczesnego życia (bo przecież każdy dziś jest specem od wszystkiego), to czuję paraliż i stagnację. Trzeba to mieć, trzeba być zmotywowanym. Musisz  – inaczej nie podążysz za modą XXI wieku. Co topowego w tej garderobie? Ano, na głowie szykowna presja ideału, tors przykrywa gwałtowna zmiana uczuć, natomiast dół opasa nowoczesny rytm dobowy. Nie zapominajmy o błyskotliwych dodatkach, które podkreślają ten arcy-piękny wizerunek. Jest nimi ta magiczna motywacja.

Zdemotywowane społeczeństwo musi szukać inspiracji, by ruszyć cztery litery z kanapy. Jednak niestety, z sufitu nie będzie zwisał żaden bodziec, który cię podniesie. W Internecie nie wyczytasz prawdy objawionej.

Moja definicja? Motywacja to synonim działania. Pracując, zyskuję natchnienie i chęci. Już w trakcie, wizualizuję sobie końcowy etap, moją metę. Widzę, jak ciężkimi staraniami, przecinam ciałem proporczyk zatytułowany: „zadanie wykonane”.  Usuwam te, dość popularne, stresory, robiąc to, co do mnie należy. Obowiązek, skrupulatność i pasję dorzucam sobie na śniadanie, tak z rana, do kawki. I w sumie jest mi dobrze. Fajne to życie.